
Tuż przed Wigilią zadzwoniła Dorotka Koman. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że Dorotka nie odzywała się do mnie kilka miesięcy i na moje maile też nie odpowiadała. Słysząc znajomy głos w słuchawce oczywiście ucieszyłam się bardzo, bo myślałam już, że nasze wieloletnie koleżeństwo przepadło z kretesem. - Ewa! - Wiesz skąd dzwonię? Ze Szczytnej! Właśnie przez nią przejeżdżam w drodze do Kudowy. Opowiadam właśnie Matiemu (to syn mojej koleżanki) o naszym pięknym plenerze w Szczytnej. I o tym - jak w lesie gonił cię wariat. I o czarownicy, która mieszkała nieopodal naszego pleneru. Pamiętasz? - Dorotka zakończyła swój wywód stereotypowym znakiem zapytania. - Jasne, że pamiętam. Jak bym mogła zapomnieć. To były strasznie fajne wakacje w przyjaznych - jak Sudety wtedy Dorotka nazwała - górach. Nasza telefoniczna rozmowa była przerywana kilkakrotnie - prawdopodobnie brakiem zasięgu. Zaczęła się w Szczytnej, była kontynuowana w Zieleńcu, a zakończyła się w Kudowie. Ach! Te Sudety! Żyć bez nich nijak nie można. Człowiek wraca do nich i we wspomnieniach i w rzeczywistości...